Queen+Adam Lambert Berlin- relacja z koncertu okiem ekipy AdamLambert.eu

Zapraszam do lektury kolejnej relacji z mojego uczestnictwa na koncercie Queen+Adam Lambert.

Traume sind wirklich

~~~~~~~~~~~~~~~~

Kolejny rok,kolejna trasa. Ale zaraz,zaraz,NIE MA POLSKI! CO TERAZ?!

Jedni ludzie: Wrócą za rok

Drudzy: O Boże, nadchodzi koniec QAL! W KOŃCU! NARESZCIE SIĘ TEN LAMBERT ZAMKNIE!

Ja:  MAMO,JEDZIEMY DO BERLINA!

Słowo się rzekło, czas na czyny. Wiadomo,kupić bilet,ogarnąć wszystkie sprawy organizacyjne, pomóc innym polish Glamberts,które poszły w moje ślady i także wybrały się do Niemiec.

I tak mijały miesiące aż w końcu nadszedł czas,żeby pojechać na koncert. Tradycyjnie pociągiem!

A w sąsiednim wagonie siedziały majbertka i Julia! Oraz mama Mai 😉

A kilka godzin później – witaj w Berlinie!

Marzenie Iwonki z czasów bycia fanką Tokio Hotel właśnie się spełnia 😀

Po krótkim odpoczynku postanowiłam pójść pod arenę. Zobaczyć,jak wygląda,przestudiować drogę,co by następnego dnia się nie zgubić,ani nie błądzić,bo to generuje dodatkowy czas na stres. A tego stresu było co niemiara.

Po drodze mijały mnie tiry QAL! Radości było co niemiara!

Przyznam,że jak zobaczyłam pierwszego tira ( stałam przy przejściu dla pieszych) to mnie dosłownie wryło w chodnik.  Potem z włączonym aparatem szłam i uwieczniałam je na zdjęciach.

Po zrobieniu obchodu koło areny popatrzyłam sobie jeszcze na tiry

jak się rozładowują i postanowiłam zrobić sobie z jednym tirem jeszcze jedno zdjęcie,ale trzymając flagę w rękach.

Następnego dnia nie było na to absolutnie czasu….

NASTĘPNEGO DNIA

Budzik nastawiłam na godzinę 4:00, ale obudziłam się o 3:50. W 5 minut się ubrałam i wyszykowałam. Szybkie śniadanie i sprintem pod hale. W czas- byłam osobą,która zamykała pierwszą dziesiątkę kolejkowiczów, a raczej obozowiczów.

Obozowanie przebiegało miło,spokojnie i kulturalnie. Przede wszystkim kulturalnie. Zwłaszcza, gdy na 2 godziny przed wchodzeniem zrobiło się niemałe zamieszanie z kolejką. Nie było ochrony,która pilnowała obozowiczów- pojawili się dopiero na kilkanaście minut przed otwarciem wszystkich drzwi.

Glamberci obóz, jak ja to nazwałam był pierwszym,na którym byłam od tak wczesnych godzin porannych. Działo się tam absolutnie wszystko- od wspólnego jedzenia po wspólne szykowanie się na koncert i oczywiście pogawędki. O wszystkim i o niczym.  Każdy był chętny na choć krótką wymianę zdań. Niektórzy puszczali także Adamowe piosenki.

Dobrze,nie zanudzam. Ale naprawdę, obozowanie pod halą w Niemczech jest przyjemnością. I są respektowane numerki- każdy mógł wyjść na chwilę coś załatwić. I wracał na swoje miejsce ( było to pilnowane).

Były momenty,że łapało mnie mocne zmęczenie,ale myśl o tym,że za chwilę będę przeżywała najpiękniejsze chwile swojego życia dawała kopa do przetrwania. Nie wiem,jakim cudem się to udało. Najwidoczniej dobrym ludziom los sprzyja.

tu jestem z germanbertkami 😉 Klara,Jessica,Chrissi,Daniela

Od 16:00 zaczęto szykować teren pod wchodzenie. Rozwinięto na wszystkie drzwi taśmę, kazano nam się cofnąć i tu zaczęło się małe zamieszanie. Mianowicie miała być osobna kolejka dla tych,co nie mają toreb tylko podręczne rzezy typu telefon,aparat,bilet,pieniążki… i osobne dla tych, co mają torby. Wymieszali nas wszystkich i każdy tak naprawdę stał gdzie popadnie 😀

Ja wylądowałam przy drzwiach nr 3 i byłam jako 8 do wchodzenia (numerkowicze tez się pomieszali).

Najważniejsze: NIKT SIĘ NIE WPYCHAŁ, NIKT NIE WYWALAŁ KOGOŚ Z KOLEJKI,NIKT NIE WCHODZIŁ NA HURRA ŻEBY KOMUŚ INNEMU KRZYWDĘ ZROBIĆ! Tak jak staliśmy przez ostatnie 2 godziny,tak wchodziliśmy. 

Parę minut po 18:00 w końcu weszłam. Szybka kontrola, wszystko ok, lecę.

I tu wpadka. Pośliznęłam się na kafelkach. Na szczęście w porę się opanowałam i nie padłam jak długa (choć niektórzy pewnie mi cichaczem tego życzyli :3 ) i poleciałam truchtem dalej. W samą porę- po lewej stronie (dla mnie) wybiegu były już ostatnie wolne miejsca pod barierką. Szybko wskoczyłam na metalowy płotek i ….

TADAM HIP HIP HURRA PO RAZ 6 BARIERKA!

Będę szczera- spadł mi ogromny kamień z serca. 13 godzin obozowania nie poszło na marne! Zanim weszłam wpadłam w lekką panikę i chciało mi się płakać, stres ogromny.

Nie byłam sama- po mojej prawej stronie stała Ukrainka Svietlana,a po mojej lewej Alex!

Barierkowe króliczki mieszkają wszędzie moi drodzy :3

Ok,szybka wiadomość do rodziców,gdzie stoję, a potem oczekiwanie na gwóźdź programu.

Hala jest ogromna, piękna (naprawdę. Nasze mogą się schować. Nie twierdzę,że są mega brzydkie,ale tej dbałości o drobne szczegóły u nas to nie ma.) była przede wszystkim KLIMATYZACJA, SZŁO ODDYCHAĆ<!> nikt nie mdlał,nie padał jak muchy z braku tlenu. Ochrona…o matko oni byli super! Bardzo sympatyczni bardzo mili, zagrzewali nas do rozgrzewki przed koncertem (klaskanie,śpiewanie itp).

I tak czekamy,czekamy i czekamy i nagle… mur z napisem QAL zaczyna się trząść

Jest jedno wielkie dudnienie

Zaczynają przygasać światła

Ktoś zaczyna się przebijać przez mur

Fani zaczynają krzyczeć

Pojawia się Frank

A POTEM KLATKA ZACZYNA SIĘ OTWIERAĆ I WYŁANIAJĄ SIĘ ONI

(dosłownie) zaatakowali z Tear it up. Piosenka pochodzi z albumu ,,The works”. Jest jedną z moich ulubionych i bardzo fajnie było jej posłuchać ( i wykrzyczeć,wyśpiewać) na żywo.

Kilka zdjęć z show

To był muzyczny spektakl okraszony najpiękniejszym głosem, jaki może słuchać dzisiejszy świat. I jestem bardzo dumna z tego,że jestem fanką TAK utalentowanego faceta. Od ostatniego koncertu w Łodzi jeszcze bardziej rozwinął się wokalnie. Masywne ciary na całym ciele.  Bardzo miło było także posłuchać Play the game, Seven seas of rhye <- te piosenki miałam przyjemność słuchać na koncertach w Krakowie i Oświęcimiu.

Interakcje z Adamem? Były. On bardzo,ale to bardzo często stawał tam,gdzie ja stałam ( wysłanie mu tweeta, gdzie stoję było strzałem w 10) ; słyszał,że się wydzieram jak szalona (myślę,że mnie w moim terenie było najbardziej słychać 😛 ), widział,że szaleję,że skacze,że ŻYJĘ tym koncertem,że robię mu zdjęcia,że się do niego uśmiecham,że śpiewam razem z Nim.Widział,że sprawia mi ogromną radość i jest promyczkiem w moim szarym życiu pracownika produkcyjnego, taką odskocznią. Po raz kolejny spojrzał się w kierunku mojego aparatu (mam to uwiecznione na dwóch zdjęciach) . Dam rękę uciąć,że widział,że robię headbang na IWIA Bri guitar solo,bo pod koniec piosenki stanął przy perkusji i także zrobił mini headbang! Taki przyjemny akcencik,aczkolwiek do mnie nawiązujący, bo nikt inny,NIKT przy solówce Bri  na koncercie nie macha włosami. I się zawsze zastanawiam-JAKIM CUDEM  MOŻNA BYĆ TAK SKAMIENIAŁYM,GDY TAKA SOLÓWKA LECI. Przecież no to jest święto rocka, nie wypada stać jak grabarz z łopatą! Ja wiem- Bri to wirtuoz gitary,ale no…. Brian także (wraz z Adamem) stawał tam,gdzie ja stoję. Przypadek? Być może zapisałam się Brianowi mocno w pamięci po koncercie w Łodzi….jeśli tak jest,to mi jest miło.  Nie umiem inaczej bawić się na koncercie QAL, albo się bawię na maksa,albo nie idę wcale. Mamy celebrować muzykę Queen i Freddiego jako wirtuoza wokalu, a nie bawić się w filharmonię.

Somebody to love- było call and response. Moja strona w miarę odpowiadała, ja na cały dyfer. Druga próba- nieco lepiej, ja jakbym dziecko rodziła. Wtedy padło NICE.

Nie było dotyku rąk na RGG. Może i dobrze,bo nadal nie ochłonęłam dobrze po tym dotyku z Łodzi…który nadal mocno pamiętam i pamiętać będę.

Takie chwile są o wiele ważniejsze niż te,które niby są ważne,ale w dzisiejszym świecie nie mają żadnego znaczenia.

Adam  patrzący się nieco przymrużonymi oczami w mój aparat 😉

Zdjęcie poniżej zdecydowałam się opublikować pomimo tego,że jakość jest ygh…nie jest rozmazane ani nic,ale za szybko spuściłam guzik i zrobiłam zdjęcie ( obiektyw nie zdążył się wyostrzyć…). Tu też patrzy się  w mój obiektyw i zrobię wszystko,żeby to zdjęcie uratować,inaczej nie daruję sobie. 

Każdy koncert QAL daje mnóstwo radości, pozytywnej energii, chwil wzruszeń. Cudowna trampolina od codziennego życia. Jest tak jakby swoistym wehikułem czasu. Zabiera nas w podróż w tamte czasy,łącząc zgrabnie nowoczesne techniki sceniczne.

To był mój 4 już koncert QAL w ciągu trzech <!> lat. Pamiętam, jak wyłam w 2012,że nie mogę jechać do Wrocławia, to bolało bardzo mocno.

Lucy w Queenbertowej wersji- prawie dostałam zawału. Po dwóch latach od TOHT było mi dane posłuchać jeszcze raz tej piosenki,ale w innej aranżacji, z oryginalną solówką 🙂

Muszę napisać,że Lucy na koncertach QAL brzmi  bardziej rockowo, niżeli rockowo-popowo-nieco hip hopowo,jak na płycie.

A głos Adama w tej piosence to cudo przez duże C. Uwielbiam.

Po tych wszystkich wariacjach z Adamem czas na chwile z Brianem!

LOML-światełko-selfie stick 🙂

Ten widok zawsze chwyta za serce.

Kolejna porcja zdjęć

W tym złotym palcie prezentuje się nadzwyczajnie. Zdjęcia nie oddają tego tak w 100%. Prawdziwy król.

Dalsza część koncertu przebiegała pomiędzy wybiegiem a sceną B, czyli końcem gryfu.

Z tego sektora nie mam za dużo zdjęć, a jeśli mam,to ,,tyłów” QAL, co nieciekawie by się prezentowało w relacji.

Wsłuchiwałam się w muzykę i ,,odpływałam”. Majestatyczne WWTLF jeszcze bardziej podkręcało piękno tej części koncertu.

Na deser- solówka Briana.

Bohemian Rhapsody niezmiennie grane w całości. Adam na dużym podeście pofrunął do połowy i zaśpiewał najpiękniej jak potrafił.

No a potem…daaaaaaayoooooooh!

 

Na zupełny koniec tego pięknego wieczoru WWRY i WATC.

I deszcz konfetti,którym zostałam oblepiona od góry do dołu i wpadał wszędzie,gdzie się dawało.

Tak jak w Oświęcimiu dwa lata temu…….

 

Ostatnie chwile z zespołem,ostatnie chwile na popatrzenie na Adama…na każdego z zespołu… w akompaniamencie God Save The Queen…

…i tu przyznaje się bez bicia,zbierało mi się na ogromny płacz. Popatrzyłam jeszcze jak Frank znika i żegna się z nami, klatka się zamyka i nie czekając na łut szczęścia,że dostanę setlistę zebrałam ogromną ilość konfetti spod swoich nóg, podziękowałam za towarzystwo i wyszłam. Gdy wyszłam na dwór i stanęłam na wcześniej z mamą uzgodnionym miejscu zbiórki wybrałam nr.do taty. Zadzwoniłam, zdążyłam powiedzieć,że koncert się skończył i właśnie wyszłam i wybuchłam płaczem. Z radości i tęsknoty. Z radości,że wszystko się udało,że doskonale się bawiłam,że znowu Go zobaczyłam, z tęsknoty,bo chciałam przeżyć to jeszcze raz. Za każdym razem staram się powstrzymywać od płaczu,ale tym razem emocje wzięły górę i  nie dało rady inaczej.

Minęło jakieś 10 min.żebym się uspokoiła i poszłam do hotelu…eh…

A następnego dnia ruszyłam do domu….nie chciałam wyjeżdżać z Niemiec. No ale skądźś $  na wycieczki koncertowe trzeba mieć….no i rodzina tęskni i kiciuś….

 

 

Ze stoiska merchowego kupiłam tylko białą koszulkę…która ma uroczą pomyłkę przy dacie 20.06 Hamburg 😉

Reszta kolekcji była indentyczna,co w 2017, a ja (nie)stety kupiłam wszystko już w Łodzi 😀

To był mój pierwszy koncert poza granicami Polski. I na pewno nie ostatni. I wiecie co? Nie żałuję,że podjęłam decyzję o wyjeździe na koncert za granicę,bo w końcu do odważnych świat należy, a miłość fanowska nie uznaje granic ,żeby się  móc samorealizować i spełniać swoje marzenia.

Bycie Glambertem jest najlepszym mobilizatorem do pracy dla mnie i mam nadzieję,że za rok znowu wszyscy spotkamy się na kolejnym koncercie,już niekoniecznie w Polsce….

Czy polscy Glamberts podbili Berlin?

3X TAK TAK TAK!

WE WERE HERE!

Ivaa

Adam mówiący w języku niemieckim rozmiękcza moje serce…. <3 

 


Opublikowany w News

Dodaj komentarz

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.